Jedno dośrodkowanie Marka Sokołowskiego, jeden gol i jedna nieuznana asysta. Tyle wystarczyło, żeby spokojne zakończenie sezonu w Wygraj Ligę zamieniło się w wielką awanturę. Były reklamacje, koperty do Adama Michnika, telefony z redakcji, groźby prokuraturą, Strasburgiem i Kancelarią Prezydenta.
Pięć miesięcy rywalizacji. Kilkadziesiąt tysięcy menedżerów. I wszystko miało rozstrzygnąć się w ostatniej kolejce. Stawką były niemałe pieniądze: 30 tysięcy złotych za pierwsze miejsce, 10 tysięcy za drugie i 3 tysiące za trzecie. Mówimy o latach 2008–2010, więc ich wartość była wówczas zdecydowanie większa niż dzisiaj.
Wśród kandydatów do zwycięstwa był Pan Stanisław (imię zmieniono). Człowiek, który grał w Wygraj Ligę od samego początku, jeszcze w czasach, gdy drużyny zgłaszało się za pomocą specjalnych kuponów wycinanych z „Gazety Wyborczej”.
Pan Stanisław miał jeden cel. – Nie interesują mnie żadne pieniądze. Gram już tyle lat i moim jedynym celem jest wygranie całej edycji. Nie spocznę, póki tego nie osiągnę – mówił kilka lat wcześniej w jednym z wywiadów, po zwycięstwie w klasyfikacji miesiąca.
Warto dodać, że po głosie można było wówczas wnioskować, iż Pan Stanisław jest już po siedemdziesiątce. A zatem nie był to chwilowy kaprys ani sezonowa przygoda. To była wieloletnia misja. Tyle że piłka nożna - jak wiadomo - nie zawsze idzie zgodnie z planem. A fantasy futbol potrafi być jeszcze bardziej bezlitosny. Zapraszam przy okazji do tekstu o pięciu golach Roberta Lewandowskiego i menedżerze Bundesligi - BUNDESMAJSTER

Jedno dośrodkowanie zmienia wszystko
Nadchodzi ostatnia kolejka sezonu, trwa multiliga. Emocje rosną, a walka o zwycięstwo trwa do samego końca. W jednym ze spotkań Marek Sokołowski zagrywa piłkę w pole karne. Pada gol. Wszystko wygląda tak, jak powinno. Jest podanie, jest bramka, jest radość.
Tyle że asysty nie ma. Dlaczego? Piłka po drodze zmieniła tor lotu, a organizator nie uznał zagrania za asystę. Decyzja zgodna z przyjętymi zasadami, ale dla jednego z uczestników oznaczająca katastrofę.
Pan Stanisław spada z pierwszego miejsca na trzecie.
I wtedy zaczyna się historia, której nie przewidziałby nawet najbardziej kreatywny scenarzysta.
„Ja tego tak nie zostawię!”
Poniedziałek rano. Dzwoni telefon. Pan Stanisław.
Rozmowa jest długa. Wyjaśnienia dotyczące nieprzyznanej asysty nie przekonują. Nie ma mowy o pogodzeniu się z decyzją. Nie ma mowy o zaakceptowaniu wyniku.
– Ja tego tak nie zostawię! Ja nie chcę od was żadnych pieniędzy. Mnie interesuje wygrana w Wygraj Ligę. Tyle.
Wtedy jeszcze nie wiem, jak daleko zajdzie ta sprawa. W kolejnych dniach zaczynają dziać się rzeczy niesłychane. Dostaję maile z sekretariatu naczelnych „Gazety Wyborczej” [konkurs Wygraj Ligę wymyślono i prowadzono przez wiele lat właśnie w Gazecie Wyborczej]. Docierają do mnie informacje o kopertach, które przyszły do Adama Michnika. W środku reklamacja i wycinki z wielu gazet, w których Marek Sokołowski ma przypisaną asystę.
Pan Stanisław postanowił udowodnić swoją rację wszelkimi dostępnymi sposobami. Skoro organizator nie chce przyznać asysty, trzeba mu pokazać, że inni ją przyznali. A najlepiej pokazać to całej redakcji.
Wkrótce zaczynają się kolejne telefony i maile z działu sportowego. W końcu odzywa się legendarny szef, Andrzej Olejniczak. – Nie możemy pracować, cały czas dzwoni ten człowiek! Naprawdę nie możecie zaliczyć tej asysty?
Nie! Decyzja pozostaje bez zmian.
Panie Stanisławie, nie uznamy tej asysty. Czy może Pan to przyjąć do wiadomości?
Odpowiedź jest natychmiastowa:
– Mam znajomości w Kancelarii Prezydenta. Znam posłów i senatorów. Do Strasburga pójdę, ale nie odpuszczę. Naślę na pana prokuraturę! Ja nie chcę od was żadnych pieniędzy, mnie interesuje wygrana w Wygraj Ligę.
Aż zadzwonił telefon…
W tamtych latach Ekstraklasa startowała na początku sierpnia. Po uruchomieniu kolejnej edycji Wygraj Ligę niemal codziennie sprawdzam w bazie, czy pojawiły się już drużyny Pana Stanisława.
Nie ma.
Mijają kolejne dni. Nadal nic.
Czyżby wieloletnia przygoda z Wygraj Ligę zakończyła się przez jedną nieuznaną asystę?
Piątek rano. Dzisiaj ruszają rozgrywki. To ostatnie godziny, żeby założyć drużynę i przystąpić do rywalizacji.
Piję poranną kawę, gdy dzwoni telefon.
Spoglądam na ekran. I już wiem, kto to.
Przez głowę przelatują mi różne scenariusze. Czy Pan Stanisław poinformuje mnie o działaniach prokuratury? Czy wspomni o Policji? A może faktycznie przyjdzie wezwanie do Strasburga?
Odbieram.
– Panie Robercie, pan mnie skrzywdził!
Zaczyna się. A jednak.
– Panie Stanisławie, ja pana bardzo szanuję, ale nie będziemy w ten sposób rozmawiać.
I wtedy następuje zwrot akcji.
– Ja mam do pana wielką prośbę.
Głos jakiś taki cieniutki. Co ten Pan Stanisław kombinuje?
– Słucham.
– Bo ja to sobie wszystko przemyślałem. Ja nie mogę żyć bez Wygraj Ligę. Czy ja mogę przystąpić do gry?
Ufff. Przez chwilę nie wierzę własnym uszom.
– Ależ oczywiście, zapraszam. Proszę się spieszyć, bo czasu mało.
– Dziękuję.
– Powodzenia życzę.
I wtedy Pan Stanisław znowu.
– Ale, panie Robercie, pan wie, że pan mnie skrzywdził.
– Panie Stanisławie, nie będziemy w ten sposób rozmawiać.
– Dobrze, już dobrze.
Głosik robi się jeszcze cieńszy.
I tak oto, po groźbach prokuraturą, Strasburgiem i Kancelarią Prezydenta, Pan Stanisław wraca do gry. Tak naprawdę to go rozumiem. No bo jak można żyć bez Wygraj Ligę…
Epilog
Tak się złożyło, że całe podium tamtej edycji, oczywiście z Panem Stanisławem, należało do menedżerów z Krakowa. Latem wszyscy spotkali się na krakowskim rynku, żeby porozmawiać o Wygraj Ligę.
Pół roku później zadzwoniłem do jednego z nich, ale już nie pamiętam w jakiej sprawie. Przy okazji opowiedział mi o tamtym spotkaniu.
– Ależ ten Pan Stanisław na pana nagadał! A nam wmówił, że to on powinien być zwycięzcą. Trzeba mu przyznać, że naprawdę zrobił wiele, żebyście zmienili tę decyzję.
FANTASY EKSPERT
[Od czasu do czasu w tym miejscu będą pojawiać się teksty o historii menedżerów fantasy w Polsce]